Złamane serce – jak przetrwać rozstanie?

Po co nam jakiekolwiek deklaracje czy obietnice? Po co składamy sobie przysięgi, których w większości przypadków nie jesteśmy w stanie dotrzymać? „Kocham cię na zawsze, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie”. Słowa rzucane na wiatr, bez zastanowienia. W momencie kiedy padają wydaje się, że są prawdziwe, ale po jakimś czasie tracą swoje znaczenie, stają się przeterminowane. A nam pozostaje jedynie złamane serce.

Po co więc planować przyszłość, wybiegać myślami 5 czy 10 lat do przodu, wybierać meble do nieistniejącego mieszkania czy ustalać imiona dzieci, skoro w dzisiejszych czasach wszystko jest tak ulotne. Nie jesteśmy w stanie niczego przewidzieć. Na większość sytuacji nie możemy się odpowiednio przygotować i nie mamy na nie żadnego wpływu.

Dlaczego tyle szczęśliwych, zakochanych w sobie ludzi się rozstaje?

Uważani przez rodzinę i znajomych za świetną, zgraną parę stają się obcymi sobie ludźmi, którzy nie potrafią już spojrzeć sobie w oczy. Jak to możliwe, że z tych wszystkich uniesień, radosnych momentów rodem z bajek Disneya pozostaje rozczarowanie, szeroko otwarte, zdumione oczy i okropny ból w klatce? Zakochujemy się, spędzamy cudowny czas, jesteśmy sobą zafascynowani, czujemy ogromne pociąganie i przywiązanie. Potem emocje powoli opadają.

Wiadomości pełne miłości i tęsknoty zamieniają się w listy zakupów i nieco wymuszone relacjonowanie codzienności. Poznajemy się coraz lepiej, myślimy, że wiemy już o sobie wszystko i nic nas nie zaskoczy. Jesteśmy w stanie przewidzieć każdą reakcję i odpowiedź. Rozumiemy się bez słów, więc rozmawiamy coraz mniej. Pojawia się milczenie, niedomówienia, popadamy w rutynę. Nie jest już tak fajnie, jak na początku.

Powoli wkrada się nuda

Zastanawiamy się, czemu tak się stało i czy możemy jakoś temu zaradzić. Planujemy wakacje, wyjścia na miasto czy wycieczki rowerowe, żeby wprowadzić jakąkolwiek rozrywkę do naszego życia i urozmaicić czas, który spędzamy razem. No więc próbujemy, staramy się coś zmienić i chociaż przez chwilę jest lepiej, to i tak z tyłu głowy pojawia się myśl, że to już nie to samo. Zaczynamy sobie uświadamiać, że nie będzie tak, jak dawniej i właściwie z czasem będzie coraz gorzej. Dochodzimy do momentu, w którym znamy już wszystkie swoje wady i coraz więcej rzeczy nam przeszkadza. Zaczynamy się irytować, zwracać sobie uwagę i wzajemnie krytykować. Zastanawiamy się czy ta druga osoba tak bardzo się zmieniła czy to my postrzegamy ją w inny sposób.

Bańka mydlana wypełniona zauroczeniem pęka, a my ze zdziwieniem wpatrujemy się w to, co po niej zostało. Pojawia się coraz więcej wątpliwości, sporów i „różnic nie do pogodzenia”. Aż w końcu nie ma już czego ratować, decyzja zapadła, mosty spalone. I wtedy uświadamiamy sobie, że z tych wszystkich słodkich, pięknych słów, „że już tylko ty, że na zawsze, że bez ciebie nie dam rady żyć”, właściwie nic już nie przetrwało. Została tylko niechęć, gniew i samotność. To jest chyba najgorsze uczucie – obserwowanie jak najbliższa osoba na świecie na naszych oczach staje się zupełnie obcym człowiekiem.

Złamane serce – no i co dalej?

Początkowo jak zwykle: ból, cierpienie i tęsknota. Autoanaliza zachowań, wypowiedzi i gestów. Co robię źle? Czy to moja wina? Co jest ze mną nie tak? Obwinianie się, wyrzuty sumienia, budowanie fosy z krokodylami wokół swojego serca. Mija czas, który podobno leczy rany. Może i uśmierza ból, ale pozostawia paskudne blizny. Zostawia ślady, które zostają z nami na długo i stanowią przestrogę przed kolejną próbą budowania relacji z kimś nowym. Z każdym rozczarowaniem, zawodem i dziurą w klatce piersiowej stajemy się coraz bardziej zdystansowani, nieufni i wymagający. Coraz trudniej jest się odblokować, zaangażować i uwierzyć w miłość, która może trwać. Ciężko jest ponownie zaryzykować i mieć nadzieję, że tym razem może się udać. Nie chcemy znowu się zawieść, nie chcemy, żeby znowu bolało. Próbujemy z tym walczyć, zapomnieć o przeszłości, otworzyć się na to co tu i teraz.

Na horyzoncie pojawia się ktoś nowy

Jest przystojny, dojrzały, rozśmiesza cię i przytula, możecie rozmawiać godzinami. Czujesz się znowu beztrosko i zaczynasz wierzyć, że może jednak nie skończysz na kanapie w podartych dresach, z litrem lodów w jednej ręce i kieliszkiem wina w drugiej. Spotykacie się, poznajecie, na początku idealizujesz trochę jego zachowania, starasz się nie dostrzegać wad, żeby choć na moment poczuć szczęście i magię pierwszych spotkań. Jest miło i przyjemnie, ale zaraz zaczynają się schody. Tej osobie zaczyna zależeć trochę bardziej.

Włącza się wtedy czerwony alarm, w głowie powstaje szybki plan ewakuacji. Zaczynamy kalkulować za i przeciw i kumulować wątpliwości. Porównujemy tę osobę do wcześniejszych niedoszłych narzeczonych, którzy wiele nam obiecywali, a ostatecznie zostali tylko znajomymi z Facebooka z zaznaczoną opcją „przestań obserwować użytkownika”.

Mózg świruje, serce zaczyna się bronić

Próbujemy określić to, co czujemy, co my tutaj robimy, szukamy odpowiednich słów. Tylko czy naprawdę trzeba to wszystko kategoryzować? Czy nie można po prostu dać rzeczom się dziać? Każda próba nazwania relacji i złożenia obietnic kończy się stresem i samoobroną organizmu. Tak jakby serce pierwszy raz zaczęło współpracować z rozumem i razem udało im się stworzyć niezawodną osłonę, która nie przepuszcza uczuć i emocji.

W tym momencie zaczynamy sobie przypominać różne raniące sytuacje i słowa, które zostały wyryte w pamięci. Wracają różne wspomnienia, w snach powracają osoby, których już nie znamy. Zastanawiamy się czy warto się w to pchać i znowu narażać na zranienia. Nie wiemy czy to odpowiednia osoba, czy nie lepiej się wstrzymać i jeszcze porozglądać. Skąd mamy wiedzieć czy warto i czy nie skończy się tak, jak zawsze?

Z każdą porażką narasta lęk przed odrzuceniem, a jednocześnie rosną oczekiwania. Jesteśmy wybredni, wyszukujemy drobnych irytujących szczegółów, które za jakiś czas mogą się stać nie do zniesienia. Zwracamy uwagę na totalne pierdoły, żeby spróbować przejrzeć tę osobę i upewnić się czy ona na pewno jest dla nas odpowiednia. Zaczyna nas denerwować to, że podskakuje jak chodzi, że bywa infantylna, że nigdy nie sprząta kubka po herbacie. Kiedy już uzbieramy kilka takich drobiazgów, zaczynamy rozważać, czy jednak nie zwinąć manatków. 

Może znajdę kogoś lepszego

Tylko co to właściwie znaczy? Kogoś podobnego do poprzednika czy jego totalne przeciwieństwo? Kogoś z podobnymi cechami charakteru i zainteresowaniami czy kogoś, kto będzie uzupełniać nasze wady i pokaże nam inny punkt widzenia? Księcia z bajki nie wymieniam, bo chyba już nikt nie wierzy w jego istnienie. Z resztą spójrzmy może najpierw na siebie, takie z nas księżniczki jak z koziej dupy trąba (nie mogłam się powstrzymać, to powiedzenie mojego Dziadka).

W każdym razie życzę wszystkim owocnych poszukiwań, wytrwałości i rozsądku. Osobom w związkach życzę przede wszystkim wzajemnego zrozumienia i wsparcia. I nauczcie się wreszcie rozmawiać, dzielić uczuciami i dochodzić do kompromisów. Bo nie sztuką jest milczeć, wzruszać ramionami i poddawać się bez walki.

Osobom, które trafiły tu przez złamane serce, życzę przede wszystkim spokoju, cierpliwości i wyrozumiałości do samego siebie. Dajcie sobie czas, zróbcie coś, co uwielbiacie, a na co zawsze brakuje czasu, na spokojnie poukładajcie sobie wszystko w głowie i pamiętajcie, że żeby pokochać drugiego człowieka, trzeba najpierw ogarnąć własne podwórko i pokochać siebie.

Jeśli natomiast zastanawiacie się, czy warto dać typowi drugą szansę i wejść drugi raz do tej samej rzeki, koniecznie zapoznajcie się z CASE STUDY z Pocahontas.

PS. A na koniec bonusik:

„I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą.” – ks. Jan Twardowski

ZDJĘCIE: KADR Z FILMU 500 DAYS OF SUMMER

(Visited 53 times, 1 visits today)

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *