Moje tegoroczne święta były dokładnie takie, jakie byś powinny. Nareszcie miałam okazję zwolnić, porządnie się wyspać i spędzić czas z rodziną. Pakowałam prezenty w świątecznej piżamie, piekłam ciasteczka korzenne z bratem i śpiewałam piosenki z Rudolfa Czerwononosego.

Święta bez telefonu

Odpoczęłam od wirtualnego świata i przez kilka dni delektowałam się trybem offline. Zapewne straciłam wiele pięknych zdjęć choinek, prezentów i świątecznych potraw, którymi raczyli się moi znajomi, ale chyba jakoś to zniosę. Miałam wielką potrzebę wyrwania się z codziennej aury pełnej zmartwień, pośpiechu i natłoku zbędnych informacji, dlatego postawiłam na pełen relaks. Całą swoją uwagę poświęciłam swoim najbliższym i uciechom gastronomicznym. Mam wielką słabość do pierogów, zupy grzybowej i wszelkich ciast. Ledwo dałam radę wrócić do domu o własnych siłach, ale ani trochę nie żałuję. Nadmierne obżarstwo można zaliczyć przecież do polskich tradycji, więc nie ma co z tym walczyć i zbytnio się zamartwiać, jeśli tym razem jedzenie nie pójdzie w cycki.

Święta bez Kevina?

Święta minęły mi tak szybko, że nawet nie znalazłam czasu na moje rutynowe grudniowe czynności. Jak dotąd, każdego roku w zimowe wieczory czytałam książki, oglądałam świąteczne bajki z dzieciństwa i grałam w Simsy. Takie powroty do dzieciństwa sprawiały mi zawsze dużo radości, pozwalały się wyciszyć i zresetować. Uwielbiałam ten moment, gdy wszyscy domownicy zasypiali, za oknem padał śnieg, a ja przygotowywałam bestsellerowe kakałko DecoMorreno w półlitrowym kubku z bałwanem. W tym roku nie udało mi się zrealizować tych planów i pierwszy raz w życiu nie obejrzałam w Święta Kevina! Tak, też jestem w wielkim szoku, jak ja mogłam, ale o dziwo nie zepsuło mi to Świąt. A wręcz przeciwnie! Cała rodzina była skupiona na przytaczaniu zabawnych historii, więc nikomu nawet nie przyszedł do głowy pomysł, żeby włączyć telewizor. 

Prezenty od Świętego Mikołaja

Święty Mikołaj naprawdę się postarał, bo wszystkie prezenty były trafione w dziesiątkę. Nie będę Wam wymieniać wszystkiego, co dostałam, bo szczerze wątpię, że kogokolwiek to interesuje. Każdy ma choinkę, każdy ma dużo jedzenia i każdy ma (mniej lub bardziej trafione) prezenty, więc właściwie nie ma o czym gadać. Powiem Wam tylko o dwóch upominkach, bo są wyjątkowo przydatne i godne polecenia. Dostałam w tym roku dwa cudowne kalendarze: jeden do powieszenia, z Pan tu nie stał oraz Bardzo Brzydki Dziennik, zaprojektowany przez Igę Chmielewską (Bardzo Brzydkie Rysunki). Są przepiękne, funkcjonalne i minimalistyczne. Stworzone ze smakiem, na zajawce i z nutą humoru, który bardzo szanuję. Jeśli znacie PTNS i Igę, to wiecie o czym mówię, a jak nie znacie, to możecie sobie sprawdzić.

Planowanie życia w kalendarzu

Kalendarze są dla mnie szczególnie ważne, bo uwielbiam planować i zaznaczać ważne wydarzenia. Kocham kolorowe szlaczki i oznaczenia, cytaty, naklejki i inne takie bajery, które sprawiają, że jestem (lub staram się być) dobrze zorganizowanym człowiekiem. Dzięki temu wiem dokładnie kiedy, co i gdzie się dzieje, o niczym nie zapominam i nigdy się nie spóźniam (no chyba, że mój pociąg PKP Intercity jest opóźniony lub odwołany). Kalendarze elektroniczne są spoko, ale jakoś do mnie nie przemawiają. Wszelkie notatki wolę prowadzić na papierze, nie umiem czytać ebooków i uczyć się na egzaminy z prezentacji w PDFie. Z tego powodu postanowiłam wyjąć dzisiaj swoje flamastry oraz kredki Bambino i przystąpić do spersonalizowania moich wspaniałych kalendarzy.

Postanowienia noworoczne – nowy rok, nowa ja

Przy okazji wypisałam sobie kilka postanowień, ale o tym pewnie jeszcze Wam napiszę. I nie chodzi tu o wymyślenie 30 nic nie znaczących zdań, o których za miesiąc zapomnę. Nowy rok, nowa ja, karnet na siłownię, 3 kursy języków obcych, wielka kariera, bogactwo i lot w kosmos – nie, nie o to chodzi. Są to plany i cele, które krystalizują się w mojej głowie już od jakiegoś czasu. Cieszę się, że 2018 się kończy, bo był to zdecydowanie najgorszy rok mojego życia. Rok pełen zawodów, rozczarowań i skrajnie negatywnych emocji. Na szczęście wszystko jest już za mną, zebrałam masę doświadczeń, podjęłam kilka ważnych decyzji i zamierzam wjechać z buta w 2019 i pokazać (przede wszystkim sobie), że co mnie nie zabiło, to może trochę uszkodziło i zirytowało, ale ostatecznie naprawdę wzmocniło.

Tymczasem wracam do świętowania. Trzy tony jedzenia same się nie zjedzą.

Nie cierpię świątecznych bezosobowych „łańcuszków” i rymowanek, dlatego życzę Wam jedynie dużo spokoju, odpoczynku i miłości!

PS. I zamiast patrzeć non stop w telefon, popatrzcie w oczy swoim bliskim. Wesołych!

ZDJĘCIE: UNSPLASH

Udostępnij: