Nadaktywność i (zbyt) produktywne spędzanie czasu

Często dręczy mnie myśl, że czas ucieka mi przez palce i nie wykorzystuję go wystarczająco dobrze. Sekundy znikają jedna za drugą, a ja mam wrażenie, że cały czas stoję w tym samym miejscu. Nieproduktywne dni (czyli w moim słowniku takie, w których pozwolę sobie na beztroski odpoczynek) często sprawiają, że mam wyrzuty sumienia. Przecież mogłabym zrobić tyle pożytecznych rzeczy, a tymczasem mam czelność się RELAKSOWAĆ. Ta nadaktywność nakazuje mi cały czas działać i wykorzystywać każdą chwilę najlepiej, jak to możliwe.

Poranne rytuały ludzi sukcesu

Tak zwani „ludzie sukcesu” wyrabiają zdrowe nawyki, wstają o 5 rano czy uprawiają jogę. Jedzą regularnie i zdrowo, gardzą alkoholem, tworzą napięty harmonogram dnia i chodzą jak w zegareczku. A ja? Zazwyczaj budzę się zmęczona, mam suchą skórę i piję dwie kawy na czczo. Inni ludzie budują rakiety, wymyślają leki ratujące życie, robią grube interesy, zdobywają ośmiotysięczniki… A ja spędzam sobotę w łóżku, owinięta kocem niczym poczwara i objadam się ciasteczkami.

Zamiast spalić trochę kalorii, przeczytać mądrą książkę lub zdobyć jakąś nową umiejętność, kolejny raz gubię się w internecie i przeglądam bzdury. Sprawdzam, jak spędzają dzień znajomi, których nawet nie lubię. Czytam o sprawach, które mnie frustrują, na które nie mam absolutnie żadnego wpływu. Przeglądam kłótnie obcych ludzi, których komentarze nie mają nic wspólnego z merytoryczną, kulturalną wymianą zdań. Na własne życzenie przyswajam kompletnie bezwartościowe dane, jednocześnie wywierając na sobie presję i przywołując w głowie głos: WEŹ SIĘ W KOŃCU DO ROBOTY!

Wstręt do lenistwa i ciągła chęć pracy

Nie lubię leniwych dni, podczas których przewracam się tylko z boku na bok. Czuję się wtedy jak wielki przegryw bez ambicji. Nicnierobienie męczy mnie najbardziej. Bezczynność wywołuje u mnie lęk i nakłania do nadmiernego analizowania wszelkich spraw. Od razu pojawiają się myśli w stylu: „Nic nie robisz, więc nie licz na to, że coś osiągniesz”, „Masz dopiero 24 lata, czym jesteś taka zmęczona?”, „Tracisz tylko czas, na co ty czekasz?”

Bezustannie odczuwam niedosyt i mam wrażenie, że za mało się staram. Rzadko bywam z siebie zadowolona, choć to pewnie dlatego, że jestem dla siebie zbyt surowa. Udało mi się przecież zdobyć pracę, którą lubię i w której mogę stale się rozwijać. Skończyłam studia magisterskie i obroniłam pracę na piątkę. Angażuję się w liczne projekty (m.in. filmowe), by zdobywać nowe doświadczenia i poznawać wartościowych ludzi. A mimo to, czuję się winna, gdy spędzę jedną sobotę na kanapie. Odpoczynek kojarzy mi się z lenistwem, do którego czuję jakiś dziwny wstręt. Od dziecka lubiłam odkrywać, działać i uczyć się nowych rzeczy, więc nawet chwilowy zastój wprawia mnie w dziwny nastrój.

Chyba nie do końca potrafię cieszyć się ze swoich sukcesów. Ciągle czegoś mi brakuje. Chcę zawsze lepiej, więcej, bardziej. Coś mi się udało i poszło zgodnie z moim planem? To bardzo fajnie. Ale to oznacza dla mnie tylko jedno: czas podnieść poprzeczkę, wyznaczyć sobie kolejny cel i ruszać dalej.

Nadaktywność i niedobór doświadczeń

Być może jestem uzależniona od adrenaliny i silnych emocji. Wiem, że czasem za dużo od siebie wymagam, ale jednocześnie kręci mnie ten dreszczyk emocji, gdy dużo się dzieje. Nawet jeśli zdarza mi się wziąć za dużo, niż jestem w stanie unieść i muszę trochę zwolnić, to i tak staram się iść do przodu (choćby małymi kroczkami). Każda przerwa w działaniu sprawia, że jestem z siebie niezadowolona i usycham.

Nie jest to do końca zdrowe, bo mam wrażenie, że nie potrafię odpoczywać. Nawet podczas urlopu zdarza mi się snuć plany i tworzyć listę zadań, które koniecznie muszę wykonać po powrocie. Ekscytują mnie nowe wyzwania, ale jednocześnie obawiam się, że nigdy nie będę wystarczająco usatysfakcjonowana, by zwolnić tempo i je utrzymać. Dręczy mnie „przygnębienie spowodowane niespełnieniem” (wyczytałam te słowa w „Mrokach” Jarosława Borszewicza i mocno zapadły mi w pamięci).

Cechuje mnie mi nadaktywność, którą osobiście definiuję jako „patologiczną chęć ciągłej aktywności”. No ale jak tu stać w miejscu, skoro jest tyle możliwości! Mogę nakręcić nowy film dokumentalny i podbić festiwale filmowe. Mogę zapisać się na kurs wspinaczki, nauczyć się języka norweskiego albo poszukać dodatkowych zleceń i rozważyć założenie własnego biznesu. Powinnam też dbać o siebie, lepiej się odżywiać i więcej się ruszać. Wypadałoby też nadrobić wszelkie filmowe i książkowe klasyki oraz być na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami z kraju i świata.

Tylko jak to wszystko pogodzić i nie robić niczego po łebkach? Przecież robiąc wszystko naraz, tak naprawdę nie będę w stanie w pełni skupić się na niczym. Jednocześnie ciągle coś robiąc i gardząc odpoczynkiem, będę ciągle przemęczona. No i co teraz? Jak zachować równowagę, a jednocześnie wykorzystać jak najlepiej czas? Co sobie odpuścić, z czego zrezygnować, a na czym się skoncentrować?

Czy ktoś ma jakiś pomysł, jak to wszystko okiełznać?!

ZDJĘCIE: UNSPLASH
(Visited 75 times, 1 visits today)

1 komentarz Nadaktywność i (zbyt) produktywne spędzanie czasu

  1. Kamil 28 sierpnia 2018 at 08:41

    Eh… życiowe wybory. Z jednej strony proste, bo wystarczy zadecydować i robić. Z drugiej – przy dziesiątkach kierunków, które nie czekają spokojnie na swoją kolej ale same nam się narzucają – nie takie proste, jak się o tym na początku myśli. Dzięki za ten tekst.

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *