Czy naprawdę potrzebujemy stałej atencji i podziwu? Dlaczego musimy dzielić się każdym momentem swojego życia, oczekując aprobaty otoczenia i owacji na stojąco? Po co właściwie dzielimy się wyrwanymi z kontekstu skrawkami szczęścia? Czy na każdym kroku musimy udowadniać światu, że jesteśmy fajni i tryskamy optymizmem?

Czy naprawdę potrzebujemy stałej atencji i podziwu? Dlaczego ciągle dzielimy się wyrwanymi z kontekstu skrawkami szczęścia, oczekując aprobaty i owacji na stojąco? Czy na każdym kroku musimy udowadniać światu, że jesteśmy fajni i tryskamy optymizmem?

Pobudka, czas sprawdzić powiadomienia

Jeszcze nie tak dawno moją pierwszą czynnością po przebudzeniu było włączenie wifi. Miałam potrzebę zameldowania się w wirtualnym świecie. Cześć, już wstałam, wróciłam! Przy moim zdjęciu profilowym pojawiła się zielona lampka. Melduję gotowość. Telefon wibruje, czekam aż załadują się wszystkie powiadomienia. Nowe lajki i komentarze, przypomnienia o nadchodzących wydarzeniach, oznaczenie pod średniowiecznym memem. Kilka dymków czatu, zaproszenie do znajomych, link do bitu, który za kilka godzin będzie hitem internetu. Wszystko wskazuje na to, że w nocy, gdy ja smacznie spałam, wydarzyło się mnóstwo niesamowitych rzeczy. Muszę sprawdzić, co mnie ominęło, zanim postanowię wystawić nogę spod rozgrzanej kołdry. Dopiero po szybkim updacie i przejrzeniu ważnych cyfrowych spraw, zaczynałam swój dzień. Teraz jest inaczej.

Czy warto być fajnym w internecie?

Coraz bardziej nudzi mnie już scrollowanie tych wszystkich aplikacji. Mam wrażenie, że wszystko już widziałam. Te same twarze, te same miejsca, te same filtry. Ktoś zjadł przed chwilą makaron, ktoś był wczoraj na koncercie, a ktoś inny właśnie czeka na samolot. Wszyscy zadowoleni i uśmiechnięci, zajmują pierwsze miejsce na podium szczęśliwego życia. Czyli po staremu. Udostępniamy starannie wyselekcjonowane momenty swojego życia, by zrobić wrażenie na ludziach, których nie znamy, a często również na tych, których nawet nie lubimy.

Robimy to, bo wszyscy tak robią, bo takie czasy, bo trzeba pokazać się od jak najlepszej strony. Oczywiście ja też to robię, tylko coraz częściej zastanawiam się: po co? Naprawdę zależy mi na tym, by kreować się na „fajną” osobę z jeszcze „fajniejszym” życiem? Co mi to właściwie daje? Kogo obchodzi to, że siedzę na plaży nad Wisłą? Czy kogoś interesuje to, gdzie i z kim bawiłam się w majówkę? Czy taka informacja da komuś jakąś wartość dodatnią? A może moje życie odmieni się, dzięki dodatkowym lajkom i głosom w ankiecie na instastory? Nie sądzę.

Wspomnień nie kupisz (ale lajki możesz)

Skoro tak mi to przeszkadza, to czemu nadal udostępniam kolejne posty i relacje? Może daje mi to czasem odrobinę satysfakcji. Przez kilka minut czuję się bardziej pobudzona i uśmiecham się do telefonu, gdy napisze do mnie rozbawiony znajomy. Ta radość jednak bardzo szybko mija. Równie szybko przemija czas, który tracę na śledzenie życia innych ludzi, zamiast skupić się na własnym. W ostatnim czasie postanowiłam to nieco zmienić. Wolę żyć w zgodzie z samą sobą, zamiast być fajną na siłę i na pokaz. Spędzam więcej czasu w trybie offline i zaczęłam coraz bardziej go doceniać.

Ameryki nie odkryję, ale kolejny raz dotarło do mnie, że najważniejsze jest to, co przeżywamy w realnym świecie. Proste, zupełnie niewyszukane czynności zaczęły mnie zachwycać i zapadać w mojej pamięci. Stało się to na przykład, gdy patrzyłam na zachodzące za wieżowcami różowe słońce. Kiedy poczułam zapach kwitnącego bzu i usłyszałam pierwszy w tym roku śpiew ptaków. Taki moment miał miejsce, kiedy udałam się na przejażdżkę hulajnogą w świetle księżyca i poczułam wiatr we włosach. Poczułam ten impuls, kiedy patrzyłam w oczy bliskich osób, uśmiechałam się do nich radośnie i wzniosłam toast za szczęśliwe życie. To jedynie ulotne chwile, których w życiu nie ma zbyt wiele. Warto poświęcić im 100% swojej uwagi i czerpać z nich jak najwięcej. Lajki, komentarze i nowych followersów możesz kupić nawet na Allegro, ale jak to mówią – wspomnień nie kupisz.

Social media – równoległa rzeczywistość

Może to banał i może „każdy o tym wie”, ale mimo wszystko uważam, że warto czasem sobie o tym przypomnieć. Wylogujmy się do życia i zróbmy sobie detox od social mediów. Zwolnijmy, odpocznijmy, skupmy się na rzeczywistości. Nie zawsze jest ona tak „fajna” i atrakcyjna wizualnie jak dopieszczone i podrasowane kadry na Instagramie. Z pewnością dostrzeżemy w niej wiele skaz. Zobaczymy wyblakłe kolory budynków, ludzką skórę pozbawioną retuszu, nieapetycznie wyglądające jedzenie. Nie będzie idealnie i kolorowo.

Nie będziemy mogli wypełnić niezręcznej ciszy podczas rozmowy gifem z pieskiem czy linkiem do idealnie pasującej piosenki. Kilka razy zgubimy wątek i wypowiemy nieskładne zdania. Nie będziemy mogli kliknąć backspace, gdy powiemy coś głupiego i użyjemy źle dobranych słów. Jednak w tej całej niedoskonałości, w tych wszystkich defektach tkwi prawdziwe piękno. Doskonalmy w sobie umiejętność dostrzegania tych niezwykłych momentów i zjawisk. A przede wszystkim pamiętajmy, że żadne urządzenia, innowacyjne aplikacje czy okulary VR nie zastąpią nam prawdziwej relacji z drugim człowiekiem.

„Nie interesują mnie pozorne relacje, pozór kontaktów i samozachwyt, że jesteśmy en vogue, trendy, w głównym nurcie. Nie jesteśmy. Jesteśmy w dupie. Jeśli pani nie usiądzie i nie będzie mogła porozmawiać ze swoimi bliskimi normalnie, to jest pani w dupie, za przeproszeniem. I siedem tysięcy znajomych na Facebooku nic tu nie pomoże.” – Robert Więckiewicz

ZDJĘCIE: UNSPLASH | Eaters Collective

Udostępnij: