Boję się rano wstać. Boję się dnia. Codziennie. Rano boję się otworzyć oczy ze strachu przed świtem. […] Mam niby jakieś obowiązki, a przecież… pustka. Jakby zupełnie nie miało znaczenia czy wstanę czy nie wstanę. Czy zrobię coś czy nie zrobię. Ja pierdolę.

Każdy dzień jest taki sam

Budzik dzwoni o 6 rano. Piskliwy dźwięk wyrywa mnie z pięknego snu, w którym beztrosko latam nad miastem. Jeszcze 5 minut. Drzemka. Potem jeszcze jedna. Wyczołguję się spod kołdry jak poczwara z kokonu (z pewnością nie jest to motyl). Udaję się w kierunku kuchni, szurając po ziemi klapkami Kubota. Wstawiam wodę na herbatę, której NIGDY nie wypijam. Po zaparzeniu zapominam o jej istnieniu. Myjąc zęby, spoglądam w lustro. Widzę uniesione brwi i zmarszczkę wkurwu na czole. Twarz jakby znajoma, ale pozbawiona blasku optymizmu, który kiedyś bił z niej każdego dnia. Wygasł już jakiś czas temu i nawet nie zorientowałam się kiedy i co było tego powodem.

Poranki są najgorsze. Czasem mam wrażenie, że wstaję tylko po to, żeby zaliczyć wszystkie punkty przygotowanego wcześniej planu. Mój grafik przepełniony jest kreatywnymi zajęciami, zaznaczonymi kolorowymi flamastrami. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że robię mnóstwo ciekawych rzeczy i nigdy się nie nudzę. W moim harmonogramie rzadko kiedy można znaleźć białe luki, niezagospodarowaną przestrzeń. Prawda jest jednak taka, że zazwyczaj te wypełniacze czasu mają jedynie za zadanie odwrócić moją uwagę. Zająć mój mózg czymś innym, żeby znowu nie popaść w zamułę i nie zostać zaatakowaną przez lawinę czarnych myśli. Wykonuję zatem sumiennie wszystkie zaplanowane czynności, by potem skreślić ten dzień z kalendarza.

Czy Panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?

Nie przepadam za ludźmi. Większość z nich działa bardzo szkodliwie na mój układ nerwowy. Na przykład panowie koszący trawę o 6 rano pod moim oknem. Sąsiedzi rozpoczynający remont łazienki w momencie, gdy właśnie zrobiłam kawę i zasiadłam do pisania ważnej pracy. Nastolatki z namalowanymi brwiami wciskające mi ulotki, gdy biegnę i mam zajęte ręce. Ankieterzy zatrzymujący mnie na minutkę, żeby zadać mi parę pytań. Idioci, którzy stoją po lewej stronie ruchomych schodów. Zapocone obleśne stworzenia, którzy ocierają się o mnie i stają mi na butach. Kasjerki, które są winne grosika, powolne i opryskliwe Grażyny na poczcie, niesłowni i niepunktualni kurierzy. No i ludzie w centrach handlowych, komunikacji miejskiej i PKP, ale to chyba temat na całą książkę.

Nie wiem jak ci pomóc. Jedz, może mało soli?

Rozmowa Adasia z matką przypomina mi moje wizyty u babci. Zawsze słyszę, że mam bladą cerę i powinnam zacząć normalnie jeść. „Mizernie wyglądasz. Sama skóra i kości”. (Chociaż z dwojga złego lepiej usłyszeć takie słowa, niż: „dobrze wyglądasz”. To zawsze oznacza, że czas wrócić do regularnych treningów na siłowni.) Mimo mojego protestu, babcia dolewa mi dokładkę. Zupa pomidorowa lekiem na całe zło tego świata. Jem i jednocześnie opowiadam o swoim jakże ciekawym życiu. Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie „co można robić po tych moich studiach”. No… właściwie to wszystko. Babcia patrzy z niepewnością, ale ostatecznie jest zadowolona, bo przecież już sam tytuł magistra brzmi dumnie. W jej słowniku oznacza szczyt ambicji i klucz otwierający wszystkie wrota do kariery i dostatniego życia. Mam odmienne zdanie na ten temat, ale dla świętego spokoju zachowuję je dla siebie.

– Czym jesteś zmęczony znowu?
– Wszystkim. Sobą. Życiem.

Babcia wpatruje się we mnie, gdy kroję kotleta mielonego i prosi, żebym się rozchmurzyła. Twierdzi, że za rzadko się uśmiecham i wyglądam jakoś tak ponuro. Mówi, że trzeba być królową słońca, a nie królową lodu. Z całych sil usiłuję powstrzymać się przed westchnięciem i przewróceniem oczami. Usprawiedliwiam się zmęczeniem, ciągłym pośpiechem i nadmiarem zadań. Choć tak naprawdę chodzi o przewlekły smutek i wiecznie niespełnienie, ale nie chcę znowu obarczać jej swoimi problemami. 

Nikt mnie nie rozumie!

Mam wrażenie, że odczuwam wszystko zbyt intensywnie. Czasem zdaje mi się, że wiem rzeczy, których nie wiedzą inni. Patrzę i słucham uważniej, dostrzegam więcej. Zauważam rzeczy, obok których zdecydowana większość ludzi przechodzi obojętnie. Mój mózg przepełniony jest zawiłymi przemyśleniami i silnymi, często skrajnymi emocjami. Nie mam pomysłu z kim mogłabym się tym wszystkim podzielić, czy ktokolwiek chciałby słuchać i chociaż spróbować to zrozumieć. Kogo właściwie mogłoby to zainteresować? Od tylu myśli, uczuć, pomysłów, planów i marzeń może eksplodować głowa. Nie chcę narażać nikogo na takie przykre zdarzenie, więc ostatecznie wolę zostawić ten cały bajzel w zakamarkach swojej mózgownicy.

Nie mogę położyć się spać mimo, że jestem zmęczony i senny. Jakiś niepokój ściskający serce. Że jak to? To już koniec dnia? Już się nic dzisiaj nie zdarzy?

Zdjęcie: Kadr z filmu „Dzień Świra”, reż. Marek Koterski

Udostępnij: