Po co tkwić w relacji, która działa destrukcyjnie i dostarcza samych negatywnych emocji? Po co plątać się w toksycznym wirze, pełnym wątpliwości i niedopowiedzeń? Nie ma sensu marnować życia z kimś, kto każe ci stąpać po niepewnym gruncie, stale się domyślać i coś udowadniać.

Jak wybrać właściwą osobę?

Skończył się mój etap naiwnej małolaty, bezustannie rozkminiającej „co by było gdyby” i piętrzącej jedynie złudne nadzieje. Odczytywałam każde słowo, uśmiech czy gestu jako znak od losu i ślepo wierzyłam w przeznaczenie. Moje zbyt idealistyczne wyobrażenie miłości niejednokrotnie zaprowadziło mnie w ślepy zaułek. Dzięki chłopakom (mężczyznom to chyba za duże słowo), którzy swojego czasu wbijali mi siekierę w serce, potrafię teraz doceniać wartościowe osoby. Na drodze można spotkać zadziwiającą liczbę ludzi, którzy pojawiają się na chwilę i tylko mieszają nam w życiu. Zostawiają nas z bałaganem w głowie i rozpływają się w powietrzu. Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko ma jakiś ukryty cel. Myślę, że z każdego takiego „człowieka-porażki” mamy ostatecznie jakiś pożytek.

„Doświadczenie – to nazwa, którą każdy nadaje swoim błędom.” – Oscar Wilde

Nawet ta, na pozór fatalna, szkodliwa znajomość może nas sporo nauczyć. Chętnie pozdrowiłabym z tego miejsca wszystkich tych, którzy z dnia na dzień potrafili zerwać ze mną kontakt i zniknąć z mojego życia bez słowa. Zwykle wracali z podkulonym ogonem, kiedy było już o wiele za późno. Szczerze dziękuję im wszystkim za przyspieszony kurs wykrywania idiotów. Był bardzo przydatny i sprawdza się do dziś, więc zbijam piony.

Czemu tak ciężko znaleźć drugą połówkę?

Mam wrażenie, że wszelkie “trudne sprawy” w relacjach międzyludzkich powstają przez to, że nie potrafimy rozmawiać. Temat emocji i miłości stał się rodzajem tabu, niemalże powodem do wstydu. Ludzie coraz rzadziej są ze sobą szczerzy. Bardzo ciężko przychodzi im dzielenie się tym, co myślą i czują. Oszukują innych, ale przede wszystkim siebie. Przecież łatwiej powiedzieć: “mam wyjebane”, nic mnie to nie obchodzi, zero emocji. Informacje o stanach wewnętrznych z wielką starannością przemycane są przez ironiczne żarty lub są dyskretnie komponowane w pijacki bełkot. Na co dzień lepiej jest otoczyć swoje serce fosą z krokodylami, zgrywać silnego i niepokonanego, a potem szlochać w poduszkę w samotności.

Będę sama do końca życia

Jakiś czas temu cierpiałam na syndrom „forever alone” i wyobrażałam sobie, że wszystkie moje przyjaciółki będą mieć już swoje rodziny, a ja będę oglądać po raz czterdziesty siódmy Bridget Jones i popijać wino, leżąc na kanapie, owinięta w stary szlafrok. Założyłam w swojej głowie, że po prostu nie mam szczęścia w miłości, to nie jest mi pisanie. Może z moją urodą lepiej pójść w edukację. Oczywiście po krótkim czasie wydało mi się to żałosne. Zwłaszcza, że właśnie wtedy, kiedy niczego się nie spodziewałam i skupiłam się na innych sprawach, mnie też trafiła strzała amora. Lubię przywoływać sobie swój (nie tak odległy) punkt widzenia, bo to najskuteczniej uświadamia mi, jak szybko zmienia się moje podejście do wielu spraw.  Nauczyłam się między innymi, że jeśli komuś nie zależy i cała ta gra polega na oczekiwaniu na ruch przeciwnika, który nie nadchodzi, to trzeba natychmiast to zakończyć. Na naszej planecie jest naprawdę sporo ludzi, więc gwarantuję, że każdy może znaleźć wśród nich swój charakter symetryczny.

ZDJĘCIE: GRATISOGRAPHY
Udostępnij: