Budzę się około południa, opatulona kołdrą i dwoma kocami. Mam gorączkę, kicham, prycham, kaszlę i ogólnie umieram. Udaję się na wyprawę do kuchni, zaparzam miętę i od razu wracam do ciepłego łóżka. Resztkami sił chwytam za ostatnią paczkę chusteczek i wydając serię niepokojących dźwięków, uświadamiam sobie, że nie dodałam w tym tygodniu żadnego wpisu na bloga.

Ogarnia mnie poczucie winy

Mój wewnętrzny głos nakazuje mi natychmiast brać się do roboty. Mój mózg pracuje jednak na najniższych możliwych obrotach. Nie jestem w stanie ustalić jaki dziś dzień tygodnia, a co dopiero napisać coś mądrego. Pomysłów nie brakuje, bo w ostatnim czasie natrafiłam na wiele niesamowitych artykułów, przeczytałam książkę o matematycznych wzorach na miłość i wykupiłam kurs „Jak iść przez życie, będąc osobą wysoko wrażliwą”. Cała kopalnia inspiracji, pasjonujących tematów i rozkmin. Problem w tym, że wszystkie z nich wymagają skupienia i logicznego myślenia, co w obecnej sytuacji jest nieco problematyczne. 

Masz prawo odpocząć!

Mówię sobie: okej, masz prawo być chora i trochę się zrelaksować. Wyciągam cytrynową tabletkę do ssania, wzruszam obolałymi ramionami i kaszląc w ekran (pasowałoby tu: mojego ajfona, ale mam samsunga), odpalam Instagrama. Widzę kilka zdjęć pierników i kolorowych skarpetek, słodkie filmy z Golden Retrieverami i cytaty w stylu „Jeśli chcesz mieć gwarancję, kup sobie toster” (Clint Eastwood). Popijam sobie ziółka i odczuwam minimalną przyjemność z tego nicnierobienia. Jednak zaczynam przeglądać Instastory i czuję jak z każdą sekundą ogarniają mnie coraz większego wyrzuty sumienia. Wszyscy ludzie intensywnie pracują, chodzą na biznesowe spotkania, są na planie kolejnego filmu. Trenują na siłowni, zwiedzają świat, adoptują psy ze schroniska. A ja? Leżę jak zgniła poczwara i tracę cenne sekundy swojego życia. To przecież nie w moim stylu!

Trzeba wziąć się w garść!

Biorę całą serię leków, zaciskam zęby i odpalam komputer. Szybkie skanowanie mózgu. O czym mogłabym napisać przy możliwie jak najmniejszym zaangażowaniu intelektualnym? Może zestaw egzystencjalnych cytatów? Zbyt banalne. 5 sposobów na pokonanie choroby? Nuda. Coś o bajkach Disney’a? Było! Ok, to może coś na topie. Może napiszę o „Ślepnąc od świateł”, „Bohemian Rhapsody”, o dzbanie? Bez sensu, wszyscy już o tym pisali. Chyba jednak powinnam skupić się na chorowaniu i napisać tekst, gdy wrócę już do formy. Powoli godzę się z tym faktem i akceptuję swoją kilkudniową ułomność. Nie chcę jednak całkowicie spisywać tego okresu na straty, więc wpisuję w Google frazę:

Co można robić podczas choroby?

Liczę, że coś mnie zainspiruje i trochę rozśmieszy. Moim oczom ukazuje się długa lista czynności, sporządzona przez użytkownika „Nati<3<3<33”. Przystępuję zatem do analizy jej propozycji w celu znalezienia najatrakcyjniejszej opcji:

zobacz jakie są teraz modne ciuchy 
tańcz
rozciągaj się
porób sobie fryzury
policz ile masz kasy
obżeraj się słodyczami
poszukaj w swoim domu zakątków, których jeszcze nie znałaś 
zrób pranie i je rozwieś
narysuj siebie i twoich znajomych na podstawie tak zwanych karykatur
zapal sobie zapachowe świeczki i zamknij oczy i pomyśl jakie zapachy mają te świeczki i z czym ci się kojarzą
sprzątnij sobie w piórniku

No dobra, to ja spadam. Mam dużo roboty.

ZDJĘCIE: UNSPLASH

Udostępnij: