Często odnoszę wrażenie, że zaplanowałam sobie za dużo celów jak na jedno życie. W mojej głowie bez przerwy rodzą się wielkie plany, które dopisuję z podekscytowaniem i rozszerzonymi źrenicami do swojej księgi marzeń. Namnożyło się ich jednak tyle, że żyję w ciągłym stresie, że nie zdążę ich wszystkich spełnić.

Before I die

Koniecznie muszę zamieszkać w kraju skandynawskim, zobaczyć zorzę polarną oraz odwiedzić wszystkie najpiękniejsze plaże świata. Do priorytetów należy również założenie hodowli Golden Retrieverów, napisanie książki (oczywiście bestsellera) i zdobycie Oscara za film dokumentalny. Zamierzam też zbudować piękny dom z dużą ilością drewna, projektorem w sypialni i z przeszklonym salonem. Planuję również założyć dużą rodzinę, kochającą się bezgranicznie. Dodatkowo, chcę zdrowo się odżywiać, hodować własne owoce i regularnie uprawiać sport – najlepiej jeździć na nartach w Alpach. Chciałabym też robić poruszające filmy, całe życie utrzymywać się ze swojej pasji i nie stracić żadnego dnia na rzeczy, których nie lubię i które nie dają mi radości.

Czas biegnie nieubłaganie

Ciągle zastanawiam się czy starczy mi życia na realizację tych wszystkich planów. Jest mnóstwo rzeczy, których chciałabym spróbować. Póki mam taką możliwość, planuję wykorzystać każdy swój dzień jak najlepiej potrafię, bo czas ciągle ucieka. Staram się nie przejmować głupotami, na które nie mam wpływu i ludźmi, którzy pojawiają się w moim życiu chyba tylko po to, by wprowadzić chaos i zamieszanie. Nie jest to proste, ale próbuję skupiać się na pozytywnych rzeczach, nawet jeśli wszystko sypie się jak domek z kart. Mimo przeciwności losu i niespodziewanych sytuacji, gromadzę siły, aby bezustannie walczyć o swoje marzenia. 

Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka?

Codziennie staram się robić małe kroczki w kierunku realizacji planów, ale i tak obawiam się, że życie przeminie mi w mgnieniu oka. Martwię się, że mimo pozytywnego myślenia i wielkich chęci, nie uda mi się zamalować zieloną kredką bambino wszystkich marzeń wypisanych w mojej księdze. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy nie mają takich wygórowanych oczekiwań. Wystarcza im nudna praca, leżenie na kanapie i picie herbaty podczas oglądania paradokumentalnych seriali. Wydaje mi się, że ludzie, którzy nie mają tylu pragnień i marzeń są szczęśliwsi i po prostu zadowalają się tym, co mają.

Nie potrzebują wielkich i spektakularnych osiągnięć, fajerwerków i ciągłej adrenaliny. Z jednej strony współczuję im „szarego i przeciętnego życia”, a z drugiej podziwiam za umiejętność czerpania radości z codziennych drobiazgów, które z mojej perspektywy są jedynie bezwartościowymi pierdołami . Nie zawracają sobie głowy takimi głupotami jak ja, nie snują szalonych planów i egzystują sobie w spokoju. Płyną z nurtem, nie zwracają na siebie uwagi i mają święty spokój. Szczęściarze!

ZDJĘCIE: UNSPLASH | Brandon Lopez
Udostępnij: