Moja chora ambicja znowu wygrała pojedynek z rozsądkiem. Dołożyłam sobie tyle obowiązków, że zabrakło mi czasu, by jeść i spać. Koncentrowałam się wyłącznie na zadaniach do wykonania i po odhaczeniu jednego, od razu brałam się za kolejne. Aby nie popaść w pracoholizm (lub nie paść na zawał prze ukończeniem 25 roku życia), postanowiłam przełączyć się na tryb slow i sprawić, by ostatnie mordercze dni odeszły w niepamięć.

Chora ambicja – może czasem warto zwolnić?

W końcu miałam czas odsapnąć, odizolować się od irytujących mnie bodźców i porządnie się wyspać. Dopieszczałam każdą najdrobniejszą czynność powolnego poranka i leżałam w dresach, delektując się moją ulubioną truskawkową kaszką dla dzieci (sentyment z dzieciństwa). Postanowiłam się dotlenić, dlatego spakowałam plecak, chwyciłam aparat i wyruszyłam na długi, samotny spacer. Nie pamiętam, kiedy mogłam po prostu iść przed siebie i nie patrzeć na zegarek. Przemierzać ulice, odkrywać nowe miejsca i obserwować.

Zawsze kiedy jestem w Warszawie, pędzę jak głupia na zajęcia lub do pracy, stoję w tłumie zapoconych ludzi w metrze lub biegnę na pociąg z wywieszonym językiem, by zdążyć na pociąg. Tym razem było zupełnie inaczej. Czułam się wolna. Jakbym nie należała do tego świata i przeniosła się do równoległej rzeczywistości. Podpatrywałam codzienne czynności mieszkańców i starałam się jak najlepiej uchwycić wyjątkowe momenty. Pierwszy raz od bardzo dawna miałam dzień tylko dla siebie. Wszystko robiłam wyłącznie dlatego, że CHCIAŁAM, a nie MUSIAŁAM. I choć miasto tętniło życiem jak co dzień, to ja byłam poza tym wszystkim, a czas kompletnie mnie nie dotyczył. Przemieniłam się w niewidzialnego obserwatora i przyglądałam się Warszawie przez obiektyw aparatu.

Ze skrajności w skrajność

To może wydawać się banalne. Poszłam na spacer. Wow, wielkie przedsięwzięcie. Dla mnie było to jednak coś wyjątkowego, bo już dawno zdążyłam zapomnieć, co to znaczy odpoczywać i robić coś wyłącznie dla przyjemności. Te słowa zaczęły wymazywać się już z mojego słownika. Zdaję sobie sprawę, że lepszym rozwiązaniem byłoby zachowanie równowagi między nadgorliwym działaniem, a regeneracją, ale ja chyba tak nie potrafię. Chora ambicja mówi mi, że mam dawać z siebie wszystko i nigdy nie odpuszczać.

Dopiero kiedy padam na twarz i cały organizm błaga o pomoc, bo ma już dość, ja wtedy łaskawie daje mu trochę czasu na reset. Zwykle wtedy dociera do mnie, że znów jestem bladozielona i osłabiona. Zupełnie nie dbam o siebie i doprowadzam się do ruiny. No ale przecież, żeby coś w życiu osiągnąć, trzeba ciężko pracować. Ci, którzy wiecznie szukają wymówek kończą jako element szarego tłumu. A ja zdecydowanie nie chcę tak skończyć.

I tak sobie skaczę z jednej skrajności w drugą, udając, że świetnie nad wszystkim panuję i czuję się świetnie. 

Chora ambicja i wir pracoholizmu

Potrafię tak bardzo poświęcić się swojej pasji, że zaczynam tracić kontrolę nad tym, co mnie otacza. Dopiero kiedy pozamykam wszystkie zaległe sprawy i mam tak zwany „czas wolny”, uświadamiam sobie ile rzeczy mnie omija. Nawet nie zauważyłam kiedy z drzew spadły kasztany, a ulice stały się żółte od liści. Nie zwróciłam uwagi na kolekcję niewyniesionych kubków w pokoju i stosy niezłożonego prania. Nie zorientowałam się też, że pod moimi oczami pojawiły się wory przypominające śliwki i zaczęłam wyglądać tak, jakbym nie spała co najmniej pół roku. Znów nie miałam czasu na sport, przebywanie na świeżym powietrzu czy ugotowanie zdrowego obiadu. Kolejny raz wpadłam w pogoń za nie wiadomo czym. Jakbym uczestniczyła w jakimś wyścigu „ile projektów zrealizuję, zanim padnę”, który sama dla siebie zorganizowałam. Szkoda tylko, że nie zorientowałam się, że nikt inny się nie zgłosił i ścigam się bez żadnego celu, sama ze sobą. 

Z lustra patrzy na mnie obca osoba

Przestraszyłam się własnego odbicia w lustrze i zrozumiałam, że coś poszło nie tak. Znowu za bardzo się zagalopowałam. Mało spałam, fatalnie się odżywiałam i piłam zdecydowanie za dużo kawy. Dodatkowo nie dzwoniłam do dziadków, nie miałam czasu nawet wpaść do nich na kawałek ciasta. Z przyjaciółkami też nie widziałam się już sto lat. Każda ma swoje studia, swoje obowiązki i swoje życie, więc coraz trudniej jest znaleźć termin spotkania.

O to mam do siebie największy żal. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym przez swoje zaślepienie i pogoń za sukcesem (?) straciła kontakt z najbliższymi. Jeśli nie dba się o nich regularnie, można bardzo się zdziwić i pewnego dnia zdać sobie sprawę, że bliska osoba staje się coraz bardziej obca i właściwie niewiele już o niej wiemy. Nie chcę do tego dopuścić, dlatego postanowiłam w końcu zwolnić. Czy to się uda? Nie mam pojęcia. Pewnie po krótkim czasie znowu poczuję niedosyt adrenaliny i będę pracować do granic możliwości. Póki co, postanowiłam jednak przyhamować, więcej obserwować, chłonąć pozytywne aspekty codzienności i zadbać o relacje z ludźmi, na których mi zależy.

Udostępnij: